Rosło na wzgórzu samotne drzewo,
niejeden wicher chciał je położyć,
susza odbiła też na nim piętno,
ale przetrwało, miało chęć pożyć.
Jednego lata było bez liści,
już miał zawitać drwal nieugięty,
ale modliło się - cud się ziścił.
Kolejną wiosną puściło pędy.
Pewnego lata pożar bezwzględny,
objął koronę i pień osmalił.
Puściło młode, nim liście zwiędły,
odeszło cicho na łaskę drwali.
Lecz młody konar szybował w górę,
aby zastąpić dumnego ojca.
Niedawno skryty za wielkim murem,
teraz olbrzymia wzrosła korona.
Choć jeszcze nie wie jakie przyroda
szykuje pasma upadków, wzlotów.
Szumi doniośle ku chwale ojca,
wabiąc zielenią sennych przechodniów.
Sławomir, 25.10.2016 r.