Po raz ostatni widział ją tydzień temu.

W ubiegły piątek.

Siedziała skulona w kącie balkonu.

Ogon miała podwinięty pod siebie.

Na pyszczku zaschnięte resztki karmy.

Była bardzo wychudzona.

Widział wyraźnie, jak cienka strużka śliny spływała z kącika jej mordki na szary beton balkonu.

Zawołał

„Kiciuniu chodź do mnie”.

Ominęła go i szalonym pędem pognała w kierunku łazienki.

Więcej jej nie zobaczył.

Tydzień czasu wołał ją, przywabiał i świecił latarką pod wanną.

Ani śladu Matyldy.

Po pół roku od śmierci żony został zupełnie sam w pustym mieszkaniu.

Bo tyle czasu kicia była jego wierną towarzyszką.

 

W codziennej układance puzzli zabrakło jednego elementu.

 

Jerzy

14.10.2016 r.

foto własne