Kiedy mój dziadek z karabinem w dłoni
zdobywał szczyty ludzkich niedomówień,
babcia do Boga szeptała wciąż o nim,
by znalazł drogę do domu, do córek.
Wędrował lata, krwią spłacając długi,
jakie zaciągnął rodząc się dla kraju.
Co trzeci padał, śmierć witał co drugi,
a on wędrował, z nadzieją w plecaku.
Gdy pocałunek wprost od Czarnej Pani
otrzymał w darze, wraz z kulką w żołądku,
obiecał sobie, że więcej nie zrani,
jeśli nie skona - powróci do domu.
Minęły lata, sztandar strzelił w niebo,
a on wyzuty, bezwładnie, o kulach
wrócił do żony, rozchodzone buty
wstawił na szafę - pamiątkę po trudach.
Teraz jest wolny, lecz w piwnicy w worku,
sterty konserwy, suszonego chleba.
Często się modli za światowy pokój,
ale się jakoś zabezpieczyć trzeba.
I zawsze, kiedy buty trzyma w dłoni,
wewnątrz umiera, łzy ścieżyną kapią.
Co dzień się modli - nigdy więcej zbrodni,
ma człowiek duszę, i kocham go za to.
Sławomir, 03.05.2016 r.