Siedziała w kącie tuląc kamień. Sądząc po jej zachowaniu – można by stwierdzić, że na kogoś czeka.
Nikt jednak nie nadchodził. Smukłym ciałem wstrząsały dreszcze – coraz częstsze i bardziej intensywne. Tak bardzo potrzebowała teraz wsparcia, silnych ramion i czułych słów.
To miało być tylko krótkie pół roku do spełnienia marzeń. Kontrakt życia – nowi ludzie, możliwości, pieniądze. Słowem – New York. Nie mogła odmówić, nie chciała…
A teraz?
Uparcie pamiętała jej twarz. Pomarszczoną, ale ciągle uśmiechniętą.
Jak przez mgłę wirowały jej w głowie własne słowa:
- Mamo wrócę zanim zaczniesz za mną tęsknić…
Diagnoza brzmiała jak wyrok. Od początku wiedziała, że nie jest dobrze. Wiedziała, że rak zabija. Ale słyszała też, że można go leczyć, wyciąć. Miała nadzieję… Nie sądziła, że nadejdzie koniec.
Nic nie było już takie samo.
Nie zdążyła powiedzieć, zrobić, poczuć… Mamo….
Tylko cisza – wariatka, została.