Armagedoon

Była w złym miejscu i o złej porze, niechciana córka, suka z ulicy,
trafił ją piorun z armagedonu - walki pomiędzy piekłem a niebem.
Upadła, wstała, przeszła pod mostem, skryła się w krzakach, by zdychać w ciszy,
coś ją wzmacniało, jak po medrolu, wciąż jakieś dziwne miała pragnienie.

Nie wystarczyły dary śmietnika, kradzież indyka z dziękczynnej fety,
czuła głód wielki jak narkomanka, która przez szybę na dragi patrzy.
W tle grała cicha, słodka muzyka, kiedy zjadała trzewia kobiety,
ciało zaczęło czernieć w kawałkach, jej brzuch się zrobił całkiem niemały.

To niemożliwe! Była brzemienna. Nie pamiętała jednak stosunku,
tylko ten piorun spłodzony walką, co klatkę przeszył jak świetlna strzała.
Odczucia - raz ją żarła moc ciemna, a raz szczęśliwa pełzła po bruku,
nagle dotarło, że będzie matką - krew wytrysnęła, śmierdziała siarka.

Wyszło, wypełzło z niej sucze dziecię, czerwona skóra, ogień w oddechu,
zbliżał się, wyjąc trupim jazgotem, aby matczyne zeżreć łożysko.
Lecz to nie koniec, wyszło coś jeszcze, jasna poświata, postać bez grzechu,
złapało pierwsze ciało skundlone, znów błysk potężny rozświetlił wszystko.

Na oczach sinej ze strachu matki, sam Bóg się zmierzył z czarnym szatanem,
znów Armagedon zakłócił spokój, chciał całym światem władać Mefisto. 
Ostatnim tchnieniem matka ujrzała, dwie halabardy wznieśli brat z bratem -
błysk, niczym atom zmiótł wszystko wokół, nastała nicość... umarło wszystko.

 

Sławomir, 22.11.2016 r (Styczeń 2016 - stary utwór, ale pasuje :) )